„Zalewające nas nieustannie potoki wykluczających się wzajemnie informacji przekazują nam jedną spójną wiadomość: nie wierz swoim doświadczeniom i swojej percepcji, zamiast tego wsłuchaj się w Nowość”. Tymi słowami Alexander Bard i Jan Söderqvist puentują ideę informacjonalizmu zawartą w jednym z rozdziałów „Netokracji”. Książki traktującej o zmianie paradygmatów współczesnego świata. Przewartościowaniu idei kapitału nad wartość informacji.


Netokratami są ci wszyscy tkwiący w przekonaniu, że o swoistej potędze nie świadczy już banknot a informacja, wiedza, kontakty i reputacja. Netokraci nie zabiegają o pieniądze. Ich celem jest usprawnianie i ułatwianie przekazywania informacji, co gwarantuje atencja – kto nas followuje, subskrybuje, lajkuje i shareuje. Naszą ważność określa nie status materialny, a informacyjny. To, jak bardzo wartościowymi treśćmi jesteśmy w stanie się dzielić i jak szybko to uczynimy.

„Im wyższy ma się status tym się jest bardziej mobilnym” powiadają autorzy. Ale można to rozumieć inaczej – im się jest bardziej mobilnym (informacjonalistycznie), tym ma się wyższy status. Dostępna informacja określa jakie myśli i działania są możliwe. Tylko czy faktycznie przetrwają potrafiący zarządzać różnego sortu informacjami i czy we współczesnym świecie naprawdę nie liczą się zielone banknoty?

 

Bycie Prekariatem to nic…złego?

Guy Standing – brytyjski ekonomista autor książki „Prekariat. Nowa niebezpieczna klasa” – w wywiadzie dla Gazety Wyborczej wskazał przykre konsekwencje kultury atencjonalistycznej. Podzielił społeczeństwo ze względu na strukturę pracy wskazując trzy klasy. Plutokratów będących na szycie drabiny dobrobytu i luksusu. Salariatów ludzi „zaczepionych” na etatach, którym dzięki temu przysługują przywileje i emerytura oraz na tytułowych Prekariatów – największą, stale rosnąca grupę osób – pozbawionych tożsamości zawodowej.

Guy uważa, że globalizacja i kapitalizm doprowadziły do wytworzenia się klasy ludzi wypchniętych z korporacyjnego rynku i wrzuconych tym samym w kocioł wolnych zawodów. Co doprowadziło do ni mniej, ni więcej, jak tylko „zawieszenia w zawodowej próżni”. Ci tymczasowi pracownicy – jak ich nazywa – zatrudnieni w niepełnym wymiarze godzin, mający swobodę działalności (w każdym momencie mogą robić cokolwiek nikt nie stoi im nad głową) żyją iluzją wolności. Elastyczny wymiar pracy jest pozorem odbierającym bezpieczeństwo związane ze stałym wynagrodzeniem.

Analogia między prekariatem a netokratami rysuje tu wyraźne ramy. Dlaczego? Ponieważ nie da się zarządzać informacją będąc uwikłanym w korporacyjne kajdany. Dowód? Największa rzesza tzw. influencerów, to samodzielni biznesmeni nieróżnicujący się w swym działaniu marki firmowej od marki własnej. Ci prekariaci często mają zbyt wysokie kwalifikacje w stosunku do wykonywanych zadań. Otrzymują też pensje wyłącznie efektywnościowe pozbawiając się przy tym dodatkowych przywilejów, jak np. opieka społeczna czy płatne urlopy. Są skazani sami na siebie, a świat dumnie stosuje retorykę, że to normalne. Faktycznie?

 

Zło czyhające za rogiem

Ciągła niepewność jutra (brak realnego zabezpieczenia finansowego) doprowadza do niepokoju, wyobcowania i gniewu. Tak twierdzi Guy. Młodzi, wykształceni, freelancerzy, ludzie którzy porzucają mniejsze bądź większe firmy, aby być na swoim są skazani na wieczną niepewność. Tylko nielicznym powodzi się w biznesie. Większość odpływa do grup wiecznie zadłużonych obywateli czwartego świata (świata konsumpcjonizmu), nie mogąc liczyć na przejście do klas o wyższym dochodzie. To zawodowi biedacy, którzy nie mogą powiedzieć o sobie „jestem lekarzem”, „jestem nauczycielem”, „jestem ślusarzem”. W zamian stosują formułę jestem mendadżerem, coachem, trenerem, przedsiębiorcą, czy innym mówcą motywacyjnym. Czyli…nikim?

Winą tego procederu jest kapitalizm domagający sie niskich płac, elastycznych godzin, outsourcingu, standaryzacji i automatyzacji. W porządku, to opis rzeczywistości, lecz co w związku z tym?

Otóż jeśli pomyślimy o prekariatach, jak o konsumentach zawiązuje nam się smutna perspektywa przyszłości. Wiecznie przepracowany, karmiący się iluzją pasjonującego życia, wielbiący idee kultury sukcesu i walki z własnymi słabościami (chce przecież wyjść ze strefy komfortu), dławi się poczuciem stwarzania siebie na nowo. Konsument będący jednocześnie #selfmade’em (prekarianin) staje się coraz bardziej wymagający i nieobliczalny. Jak bowiem można przewidywać działania kogoś będącego w permanentnym poczuciu niepewności i utajonego gniewu na rzeczywistość?

Akty niezadowolenia, negatywne opinie, nadpobudliwość podczas obsługi niekoniecznie biorą się z niewłaściwe prowadzonej komunikacji lecz „natury” tego konsumenta. Konsumenta wciągniętego w wir wiecznej walki o to, by stosunek ceny do jakości był jak najlepszy (efekty wymierności) i by korzyści były jak najbardziej namacalne (efekt marketingu chwili).

 

Wartości

W jednym ze swoich artykułów panowie z metling pot rozmyślali nad współczesnym konsumentem. Konsumentem, będącym w tyglu wiecznego pędu i pojawiających się jedna za drugą informacji o nowościach. W świecie pełnym NOWEGO, starym staje się wszystko, co jutrzejsze. Czym wobec takich przypadków kieruje się współczesny konsument? Otóż bezpieczeństwem, komfortem i racjonalizmem. To zrozumiałe. Targani niepewnością dążą do wyrównania równowagi. Mając na co dzień niepokój i zagubienie tożsamości poszukują indywidualnego podejścia. Zrozumienia i docenienia, że droga, którą wybrali jest słuszna.  Sami tracąc poczucie tożsamości usilnie szukają go w rzeczach zewnętrznych. Doskonałym wybawcą są tu… marki. Nienamacalne dzięki czemu bezpieczne  – nie można ich skrzywdzić – a jednocześnie tak realne czyli racjonalne – sprzedają przedmioty.

 

Zrozumieć współczesnego konsumenta

Taki konsument, tzw. smart shopper, ceni sobie dwie rzeczy. Oczywistą relację ceny do jakości – musi dbać o budżet domowy. Autorytet – racjonalizm zakupów. Tym potrzebom doskonale odpowiadają marki budujące spójny i niepowtarzalny wizerunek. Gwarantujące powtarzalność, bezpieczeństwo i docenienie. Wszystko na czym zależy prekariatom.

Firmy, które nie chcą wylądować na wysypisku bylejakości, ale pewnie żeglować po ocenie zysków powinny inwestować w wizerunek. Tym mocniej im świat bardziej przyśpiesza. Dlaczego? Ponieważ jest to ta część informacji, która będąc najbardziej widoczna dla współczesnego konsumenta-prekariaty odwraca jego uwagę od smutnej rzeczywistości. Rzeczywistości pełnej niepewności i gwałtu. Wołającej o docenienie i budowanie tożsamości. Wizerunek jest darem niebios kreującym świat utopii. W swej istocie sztuczny, lecz jednak jakże pociągający.

Tym sposobem, przechodząc od kultury atencjonalistycznej do kultury ludzi wyklętych i wracając do początku artykułu – nie można wierzyć doświadczeniom, bo doświadczenia są pozorami lepszego świata. Trzeba ufać Nowości, bo tylko ona daje poczucie szczęścia. Im więcej pracujesz, tym bardziej jesteś samodzielny. Im bardziej samodzielny jesteś, tym więcej wydajesz na atrybuty samodzielności. Im więcej wydajesz, w tym większą niepewność o to, że cię nie będzie stać, popadasz.

Richard Precht pisał, że w dzisiejszym świecie pozyskiwanie rzeczy – a wraz z nimi ich odpowiedni image – należy do najistotniejszych składników szczęścia. Konsumenci – prekariaci wiedzą o tym najlepiej. Ale co tam. Dość filozofowania. Czas do pracy!

zdjęcie: Dima Bushkov

Zaprenumeruj ten blog przez e-mail

Wprowadź swój adres email aby zaprenumerować ten blog i otrzymywać powiadomienia o nowych wpisach przez email.