To co obecnie jest największym wyzwaniem to rozproszenie kanałów informacyjnych. Kiedyś wystarczyło wykupić drogą reklamę przed najpopularniejszym serialem w telewizji i miało się pewność, że dotarło się z przekazem do większości dorosłych Polaków.

Tomku, na co dzień zajmujesz się komunikacją marketingową. Nowe media to błogosławieństwo czy przekleństwo dzisiejszego biznesu? Jak wykorzystywać ich potęgę nie wpadając w frustracje i piekielną niemoc?

Świat się zmienia. Zmienia się szybciej niż kiedyś, zwłaszcza w zakresie zmiany technologicznej i szybkości obiegu informacji. Daleki jestem od tego aby nad tym ubolewać, że dziś jest inaczej niż wczoraj. Staram się nadążać za zmianami i zgodnie z ich rytmem zmieniać metody komunikacji, marketingu.

Zmieniają się sposoby, kanały obiegu informacji, a co za tym idzie zmienia się struktura wydawanych budżetów na marketing i codziennie stajemy przed decyzjami, które wynikają z tego, że to co sprawdzało się wczoraj, niekoniecznie działa poprawnie dziś.

To co obecnie jest największym wyzwaniem to rozproszenie kanałów informacyjnych. Kiedyś wystarczyło wykupić drogą reklamę przed najpopularniejszym serialem w telewizji i miało się pewność, że dotarło się z przekazem do większości dorosłych Polaków. Dziś nie ma takiego miejsca, które dociera prawie do wszystkich. Rynek nośników reklamy, kanałów informacyjnych rozdrobnił się niesamowicie i trzeba bardziej intensywnie myśleć jak dotrzeć do każdej z grup. Moim zdaniem dywersyfikacja mediów i kanałów marketingowych, to tendencja, która stawia przed nami największe wyzwania w najbliższej przyszłości i będzie się pogłębiać.

Nie czuję niemocy czy frustracji. Wręcz odwrotnie, nowe media sprawiły że z dużą częścią mieszkańców miasta, klientów firmy możemy kontaktować się bezpośrednio. Bezpośrednio możemy się również wsłuchać w potrzeby klientów, nie kupując drogich badań socjologicznych, fokusowych. Problem raczej w tym, że nie wszyscy potrafimy słuchać i to się staje największym wyzwaniem współczesnego marketingu, komunikacji. Nie potrafimy też logicznie wyciągać wniosków z narzędzi, które nam daje rozwój technologiczny. W każdym razie nie wszyscy potrafimy. Mam wrażenie, że umiejętność dialogu z końcowym odbiorcą komunikatu oraz sprawność w wyciąganiu prawidłowych wniosków z szumu informacyjnego, stanowi już dziś istotny element przewagi konkurencyjnej.

Twitter jest dziś chyba takim archetypem nowych mediów. Znamy sie stąd, więc i o to medium chciałbym zapytać. Co daje Tobie największą wartość w tweeterowej komunikacji?

Jestem przekonany, że Twitter jest obecnie najbardziej autentycznym medium społecznościowym, przynajmniej w Polsce. Dlaczego? Otóż wymaga on dialogu i to prowadzonego w sposób kreatywny, ciekawy. Ignorowani fani odpływają bardzo szybko, a znudzeni bez wahania klikają unfollow. Ponieważ w Polsce nadal niedostępne są formaty reklamowe Twittera, wciąż pozostaje prowadzenie na nim pracy organicznej i zdobywanie zasięgu krok po kroku. Na Twitterze działają znane nam powszechne prawa psychologiczne, zwłaszcza prawo wzajemności, o czym zapomina bądź nie wie większość administratorów.

Kanał czasochłonny, ale niebywale wdzięczny, umożliwiający kontakt bezpośredni o takiej jakości, jaka dotąd nie była dostępna. Sukces na polskim Twitterze odnoszą ci, którzy po pierwsze mają coś ciekawego do powiedzenia, po drugie są cierpliwi i mają długofalową strategię, wreszcie ci którzy są w stanie traktować innych użytkowników serwisu, jako równorzędnych partnerów w dyskusji. Premią specjalną dla tych, którzy to zrozumieli jest grupa lojalnych, zaangażowanych fanów, którzy nie tylko pomogą w kryzysie, ale wnoszą wartość dodaną w formie pomysłów i żywej, autentycznej reakcji. Pomiędzy marką, instytucją a odbiorcą końcowym zostaje nawiązana bezcenna więź emocji. Coś co kiedyś było osiągalne tylko w formie np. fanklubów, które wymagały jeszcze większych środków i zaangażowania czasowego. Wśród serwisów, które używam prywatnie i w mojej pracy, Twittera uznaję za absolutnie najciekawszego, chociaż i najbardziej czasochłonnego. To, że wymaga on wielkiej cierpliwości niech zilustruje fakt, że aby się w Polsce rozwinął do tak ważnego kanału informacyjnego trzeba było czekać około 5 lat.

Jesteś oddanym „fanem” gdańska. Zamieniłbyś to miasto na jakieś inne? Na przykład na Gdynię?:)

Zanim odpowiem na to pytanie, wspomnę że dyskusja na temat tego, które miasto jest „lepsze” odżyła ostatnio za sprawą Gazety Wyborczej, która podgrzewa spór trwający od dekad, a może i od ponad 80 lat. To prawda, że jestem fanem Gdańska, ale jednocześnie czuję się mieszkańcem Trójmiasta, czy też bardziej aglomeracji gdańskiej. Żyję na tyle długo, żeby pamiętać czasy, kiedy Wejherowo, Reda, Pruszcz Gdański były małymi peryferyjnymi miejscowościami, a obecnie są to duże miasta, w których osiedla mieszkań i domów rozrosły się gigantycznie. Większość nowych mieszkańców to przybysze spoza metropolii oraz ci, którzy szukali wymarzonego lokum w osiąganej dla nich cenie. Trzy miasta, stanowiące trzon metropolii są zupełnie inne, mają inne dominujące funkcje i inną strategię na rozwój, a jednak żyjemy, poruszamy się, pracujemy i korzystamy z różnych form spędzania czasu wolnego we wszystkich trzech.

Odpowiadając więc na pytanie: nie, nie zamieniłbym Gdańska na Gdynię. Oba miasta mają wyjątkowo korzystne położenie między morzem a lasem i wzgórzami morenowymi, oba mają odmienny styl, ale to co kocham w Gdańsku to jego genius loci, zabytki, ludzie, którzy na nowo, dopiero od kilkudziesięciu lat budują swoją tożsamość na miejscu kultury, której już tu nie ma. Jestem potomkiem Kaszubów i Wielkopolan ale czuję się gdańszczaninem i historia tego miejsca jest częścią mojej tożsamości.

W latach 90-tych, po ukończeniu szkoły pamiętam jak nastąpiła wielka fala odpływu młodych ludzi. Część wyjechała za granicę a duża część do Warszawy, nie mogąc zawodowo zrealizować się tu na miejscu. Jeździłem wtedy regularnie do Warszawy ekspresem Kaszub, który jechał do Centralnego tylko 4,5 godziny i zazdrościłem Warszawie dynamicznego rozwoju, powolnego stawania się miastem europejskim. Na szczęście po 2000 roku Gdańsk się „obudził” i zaczął gonić, a nawet przeganiać inne miasta i z prowincjonalnego miejsca, zaczął powoli stawać się takim miejscem, z którego mogę być dumny. Mogę powiedzieć, że tak, jestem fanatycznym fanem mojego miasta i staram się innych przekonać moją pracą, że mój pogląd jest w pełni uzasadniony. Czy mi się to udaje, pozostawiam ocenie innych. Nie chciałbym mieszkać gdzie indziej. To jest mój kawałek miasta, pomiędzy Wyspą Sobieszewską w Molo w Sopocie.

Pomęczę jeszcze z tej komunikacji 😉 Social media marketing to Twój konik. W jaki sposób branża nieruchomości mogłaby wykorzystywać media społecznościowe odnosząc dla siebie po prostu wymierne korzyści?

Mam wrażenie, że w branży nieruchomości mamy dwa typy klientów. Nieliczną grupę stanowią tacy, którzy ciągle na tym rynku operują stale, znają się na nim i dokonują wielu transakcji. Im potrzebni są kompetentni, elastyczni pośrednicy i dobrze przygotowane źródła informacji, przede wszystkim w internecie, bo to jest w tej chwili główne źródło pozyskiwania informacji. Drugi typ klienta stanowią tacy, którzy dokonują transakcji na rynku nieruchomości raz na wiele lat. Do kogo się zwrócą o pomoc zależy od wielu czynników: od rozpoznawalności marki dewelopera, pośrednika, od pierwszego kontaktu, od tego czy uważają daną firmę za wiarygodną, bezpieczną, kompetentną. Na tym polu social media mogą bardzo pomóc i mogą też zaszkodzić.

Umiejętnie i nienachalnie budowana komunikacja z marką może doprowadzić do tego, że nowy klient zaufa. Kwestia tego, czy się potem rozczaruje czy nie, pozostaje już w gestii firmy, która nawiązała kontakt z klientem. Social media tworzą ludzie i ich podstawą są bezpośrednie relacje. Dla rynku nieruchomości to wielkie pole do zagospodarowania, ale z tego co widzę to największym problemem rynku są niekompetentni i mało empatyczni pracownicy. Trudno znaleźć lepsze miejsce do budowania swojej marki np. pośrednika niż social media, blogi, opinie. Od wielu lat nie poszukiwałem nieruchomości, ale widzę, że nadal największym problemem są ludzie, którzy zamiast się skupić na rozpoznaniu potrzeb klienta i ich spełnieniu, starają się za wszelką cenę, nawet własnej reputacji, doprowadzić do sfinalizowania transakcji. Myślę, że z rynkiem nieruchomości jest jak z Twitterem. Potrzeba cierpliwości i żmudnej pracy przez wiele lat aby zbudować swoją markę. Bardzo łatwo też, idąc na skróty zaprzepaścić swoją budowaną przez lata reputację.

Krótko. Szukasz mieszkania, od czego zaczynasz?

Aktualnie nie szukam, ale myślę że większość ludzi zaczyna od internetu. I dlatego tak ważna jest pozycja w wyszukiwarce Google oraz strona, która dobrze prezentuje oferty. Dobrze, to znaczy w taki sposób, w jaki zaspokaja to potrzeby klientów. Decyzja o zakupie np. mieszkania poprzedzona jest często tysiącami kliknięć. Branża nieruchomości dokonała niebywałego postępu w tej kwestii w ostatniej dekadzie, ale wciąż moim zdaniem dużo jest do zrobienia. Najpierw trzeba dać się znaleźć, potem dobrze przedstawić ofertę, w końcu wzbudzać zaufanie. Wciąż jest jeszcze dużo do zrobienia i w sieci znajduję niewiele przykładów które mógłbym pokazać jako wzorcowe.

Szukając kilka lat temu mieszkania nie miałem za wiele szczęścia, ale rynek nieruchomości cierpiał wtedy na brak dobrych ofert, stąd rozpasanie pośredników było duże. Mam wrażenie, że obecnie to się ucywilizowało i istnieją powody, dla których na nowo trzeba się starać. Zanim spłacę swój kredyt, rynek będzie znowu kompletnie inny. Ważne, aby ciągle się szkolić, korzystać z kolejnych możliwości i bardzo uważnie analizować opłacalność poszczególnych posunięć, kanałów. Wiele stron internetowych, wyszukiwarek nieruchomości wygląda tak jakby ignorowały kompletnie podstawową wiedzę o potrzebach i zachowaniach klientów. Nie tędy droga…

I na koniec stały punkt programu – jaki jest Tomasz Nadolny na co dzień?

To takie pytanie, które każdy sobie powinien od czasu do czasu zadać. Realizuję się w życiu zawodowym i niestety nie potrafię zachować bezpiecznej równowagi pomiędzy czasem prywatnym a spędzanym w pracy. Nawet będąc urzędnikiem, co kojarzy się potocznie z pracą od do, pracuję za dużo, za długo i za bardzo się temu poświęcam. Próbowałem z tym walczyć, ale to chyba sprzeczne z moją naturą. Mam bardzo szerokie zainteresowania raczej humanistyczne, stąd podróże, kultura, wycieczki, książki są dla mnie naturalnym sposobem spędzania wolnego czasu. Na szczęście mam też psy w domu, które wymuszają codzienne spacery. Jestem nienasyconym czytelnikiem informacji: o świecie, o polityce, religii, kulturze, gospodarce, technologii, historii.

Skoro więc dostęp do informacji stał się tak łatwy a jednocześnie tak trudno wyłowić w ich morzu te wartościowe, to sporo czasu tracę na zapełnianie swojej głowy różnymi mniej lub bardziej potrzebnymi faktami. Mają największą pasją jest moje miasto i jemu poświęcam większość swojego wolnego czasu, starając się mieć swój maleńki wkład w to, aby było lepszym, ciekawszym miejscem do życia. Chciałbym kiedyś móc stwierdzić, że mi się to udawało. Uwielbiam wielogodzinne dyskusje na ważne tematy, mniej ważne mnie nudzą. Wciąż narzekam na brak czasu i ciągle jestem gdzieś spóźniony i coś mam zaległego do zrobienia. Na Twoje pytania, również odpowiadałem niemiłosiernie długo, za co bardzo przepraszam. Gdybym miał opowiedzieć o sobie jednym zdaniem, to staram się być pożytecznym i dobrym człowiekiem w czym nie pomaga mi mój temperament i dość trudny charakter.

zdjęcie: robertpaulyoung

 

1t.nadolnyTomasz Nadolny – Doradca ds. komunikacji internetowej w UM Gdańsk, miłośnik nowych mediów, marketingu internetowego oraz ePR. Trener, popularyzator wiedzy na temat promocji w internecie, prowadzi liczne szkolenia w zakresie skutecznych strategii e–marketingowych.

 

 

 

Zaprenumeruj ten blog przez e-mail

Wprowadź swój adres email aby zaprenumerować ten blog i otrzymywać powiadomienia o nowych wpisach przez email.