Nie lubię takich postów, bo ile można pisać o tym, że jest źle. Że więcej w nas tego co dzieli, niż łączy. Że przyszłość jest jedynie nostalgią za przeszłością, a jakikolwiek rozwój kojarzy się wyłącznie z gehenną. Każdy wie swoje, dialog jest sfrustrowanym monologiem, a chęć konsensusu marzeniem ściętej głowy.

Na wczorajszej konferencji pojawiłem się z wielkimi nadziejami. Z rozgorzałą ambicją, że deregulacja jest naprawdę szansą, na którą powinniśmy czekać z utęsknieniem. Niestety. Jedyna tęsknota jaka się pojawiała to ta za przeszłością, za czasami bez Internetu. Padało pytanie. po co nam serwisy? Nie rozumiem…

Zaczęło się dobrze, od refleksji, postawienia ważnych pytań i śmiałych pomysłów. Ale w tej samej chwili kiedy pojawiła się iskierka nadziei na nowy sposób działania, zaczęła się symptomatyczna dyskusja o portalach. O tym, jak te paskudne biznesy żerują na naszej pracy. Jak my, internetowi sykofanci dostarczamy im towaru (ofert), a te doją nas karząc abonamentami czy innymi wyróżnieniami. Są pasożytem bogacącym się na naszej niedoli. Wymagają coraz większych nakładów na reklamę i jak to powiedziano: „egzaminują z naszej pracy”. Znów w roli głównej Bolesław i niewdzięczny morizon uzurpujący sobie prawo do legitymizacji tego, co dobre. Bez skrupułów wyrzuca agencje, które nie odpowiadają na zapytania klientów. Każe walczyć o dobre opisywanie ofert, myśleć o ich pozycjonowaniu i jeszcze dbać o własny wizerunek.  Istny diabeł w internetowej skórze.

Przypatrując się wystrzeliwanym z ust poszczególnych uczestników tezom, zastanawiałem się jednocześnie czy nie widzą oni niekonsekwencji własnych działań.  Nie wiem, może się mylę, ale czy jesteśmy zmuszani do zakładania kont w morizonie, domiporcie czy innych domach? Jest jakaś ustawa, dekret, niepisana zasada, że każdy musi być wszędzie? Ktoś czuje się siłą zmuszany do bycia morizonowym klientem? Jeśli tak, może to jest dobre miejsce na takie wyznanie? A jeśli nie, to po jaką cholerę psioczyć na zasady, których poprzez dobrowolną obecność na portalu jest się zobligowanym przestrzegać.

 

Po co nam serwisy?

Tak! Morizon egzaminuje nas z naszego działania. Wprowadza systemy wymagające od nas dbania o wizerunek ofert.  Nakłania do zakładania wizytówek i prezentowania naszych umiejętności załatwiając za nas cały personal branding, o którym nie mamy pojęcia. Dzięki temu dba nie tylko o marketing ofert, ale o nasz własny. Naszych biur i nazwisk! Jeśli to nazywamy egzaminowaniem to tak, morizon stawia się w roli dyrektora.  Tyle tylko, że ten morizonowy egzamin od maturalnego rożni się zasadniczo. O ile matura była intelektualnym wybrykiem pseudodojrzałości, o tyle rankingi są wymiernym elementem zawodowej operatywności i przedsiębiorczości.

Próbując podsumować tę niewdzięczna dyskusję, Agnieszka Grotkowska z domiporty bardzo dobrze odpowiedziała na pytanie po co są nam serwisy. Otóż po to, aby pokazywać nam jakie są preferencje klientów. Nie nasze! Wyszukiwarki nieruchomości są rezerwuarem insight’ów. Ze względu na skalę biznesu nikt z nas nie będzie w stanie tak dobrze poznać potrzeby klientów. Albo zaczniemy z tego korzystać, albo – co Tomasz Lebiedź zainsynuował rozpoczynając konferencję  – banki zaczną zatrudniać pośredników.

Aby uciąć bezproduktywne dyskusje o portalach zaapeluję o jedno. O edukację. Drogie portale, zorganizujcie proszę jakąś akademię, konferencję, warsztaty i pokażcie dlaczego jesteście nam potrzebni. Jakie wartości dzięki współpracy z Wami możemy zrealizować. Jaki jest sens synergii  waszego marketingu internetowego z naszym działaniem w realu. Bez takich namacalnych przykładów ciągle będą  quasi-walki o nic nieznaczącej „współpracy”.

W mojej ocenie stan ducha deregulacji jest stanem ducha myślenia o własnym biznesie. Frustracja w stosunku do portali jest najjaskrawszym przykładem jego kiepskiej kondycji. Przykre.

Nie chcę powtarzać tego, w jaki sposób myśleć o deregulacji, bo pisałem już o tym poprzednio. Wobec takiego zacietrzewienia proponuję tylko, aby porzucić idee jedności, solidarności i integracji a zacząć wdrażać biznesową niezależność. Mam wrażenie, że już czas, aby wielkie projekty wspólnych stowarzyszeń i federacji odeszły w zapomnienie. Jeśli każdy zajmie się własnymi standardami, nie wspólnymi,  może w końcu zabijemy polaczkowatość. Tam gdzie będzie dwóch Polaków, będzie jedno a nie trzy zdania. Może do jedności  powinniśmy dochodzić osobno? Razem, lecz jednak obok siebie.

 

Artykuły, które warto przeczytać w tym temacie: