Nie mam 26 lat. Nie jestem pierwszym Poruszycielem, nie zarabiam na życie opowiadaniem historii. Nie strzelam nawet z AK47 i nie jestem ewangelistą e-biznesu. Mimo to, #nienarzekam. Czasami.

Urodziłem się w Zambrowie w roku z orwellowskiej powieści, co znaczy że już niedługo stuknie mi trzydziestka. Przez pierwszych siedem lat życia mieszkałem w Grądach Woniecko, PRL-owskiej mieścinie nieopodal Narwi.

 

Obraz polskiej rzeczywistości. Obraz niedokończonych spraw….

Okres dzieciństwa to urywki wspomnień przemian tamtych lat. Miejskie kino, plac zabaw, przedszkole, stacja autobusowa. Dziś tego wszystkiego już nie ma. Został jedynie dobrotliwy kościółek, tylko jakby posmutniał. Ludzie, którzy tam żyli nigdy nie narzekali. Teraz to się zmieniło…

W 1990 roku przeprowadziliśmy się do Grajewa. Dla dzieciaka wyciągniętego z PGR-ów blisko dwudziestotysięczne miasto było metropolią. Wszytko wielkie, nowe, kolorowe. Tylko rówieśnicy jacyś tacy aroganccy. Lepsi. Boże, co to by było gdybym trafił do Warszawy!

W szkole co prawda nigdy nie miałem większych problemów, ale było coś, co niczym kula u nogi wiecznie sprowadzało mnie na ziemię. Język polski. Nie dość, że nigdy nie czułem się pewnie w recytowaniu, a odpowiedzi przy tablicy dostarczały wiecznego stresu, to jeszcze problemy ze stylem. Każda praca – 2! No może 2+. Na każdym świadectwie 3! Maturę próbną zdałem na 2. Na tej oficjalnej powtórzyłem wynik. Cóż za konsekwencja! Mimo to chcę napisać książkę, uwierzysz?

 

Kolejka po wiedzę

Przyszedł czas studiów. Dwa ostatnie lata liceum przygotowywałem się do egzaminu na SGH-a, do którego w końcu nie podszedłem. Startowałem na SGGW i  UG, ale bez powodzenia. Do Olsztyna dostałem się z ramienia listy rezerwowej na jakąś tam gospodarkę przestrzenną.

Moim najważniejszym jednak etapem życia były studia filozoficzne. Postanowiłem, że idąc z duchem czasu trzeba mieć dwa fakultety. A że zawsze czułem niedopartą chęć zrozumienia otaczającej mnie rzeczywistości to wystartowałem. Filozofię co prawda skończyłem i to z niezłym wynikiem, lecz pracy magisterskiej nie obroniłem. Przygniotło mnie życie pośrednika, do tego wybrałem odjechany temat pracy. Drogą racjonalizacji uznałem, że fajnie być filozofem bez dyplomu.

Na rynek nieruchomości trafiłem z przypadku. Studiowałem gospodarkę przestrzenną, ale sądziłem, że bliżej mi będzie do czegoś humanistycznego niż czystej sprzedażówki. Tak sie jednak nie stało. Mam za sobą przygodę w towarzystwach ubezpieczeniowych i kosmetykach, ale to nieruchomości były magnesem. Nie na tyle jednak, aby zostać przy nich w czystej postaci, więc zacząłem zgłębiać tajemnice marketingu.

 

Narzekając na narzekanie

W życiu nie miałem i nie mam wielu rzeczy. Nie jeździłem na wyjątkowe kolonie, klockami lego bawiłem się jedynie u kolegów, a na studia trafiłem z przypadku.  Nie zrobiłem własnego biznesu, angielski niczym u Miałczyńskiego nadal jest moja piętą achillesową, a obraz jutra bardziej buduję na marzeniach niż realnych przesłankach.

Dziś jednak jest mi dobrze. Mam kochającą żonę i niesamowitego synka. Mieszkam w różowym Olsztynie, pracuję z fantastycznym zespołem. Otaczają mnie ludzie, na których pomoc mogę liczyć. Prowadzę projekty sprawiające mi ogromną radość, a innym dające iskrę inspiracji. Walczę na swoim małym podwórku, by rynek nieruchomości był trochę przyjemniejszy dla zwykłych ludzi. By wizerunek pośrednika kojarzył się z partnerem. Po co? By nie narzekać.

 

#Nienarzekam choć mógłbym

Kiedy patrzę na moich znajomych przeraża mnie ile osiągnęli. Jakie doświadczenia, umiejętności, stanowiska, kasę i uznanie zdobyli. To oni: młodzi, wykształceni, ambitni. Nie są wyjątkowi, bo i czasy nie są specjalne. Normalne, takie jak każde. Chcą być sukcesorami życia.  Ale, ale. W tym szale  bycia zwycięzcą nie wolno zapomnieć o jednym.

Żyjemy w czasach polaryzujących potencjał człowieka. Z jednej strony mamy biedę, głód i wojny. Z drugiej, wiecznie zadowolonych modnisiów i celebrytów, tracących kontakt z rzeczywistością. Menagerów, coachów, trenerów, doradców i innych CEO, którzy operując współczesną nowomową sukcesu są żywym świadectwem „że się da”. Pomijam za jaką cenę, a raczej cenę czego. Bo dziś mamy kulturę sukcesu, a wydaje mi się, że potrzebujemy kultury normalności.

#NIEnarzekam to fajna akcja promująca odwagę, optymizm, wiarę we własne możliwości. Brawo Wojtek! Jak każda jednak powinna wyznaczać rozsądną cezurę normalności. Można bowiem niczym nadmuchiwany balon oddawać się wspaniałości życia, kiedy miało się to szczęście i nie urodziło w Syrii, Iraku, czy Rwandzie. W życiu czasami niektórym „udaje się coś” nie dlatego, że są wybitni, ale dlatego że takie jest zrządzenie losu. Może więc warto pamiętać, iż w życiu na wszystko jest miejsce. Na narzekanie również. Bo aby w pełni przeżywać życie nie można wyrzekać się złych emocji. Złych doświadczeń.

 

Narzekasz? To dobrze!

Narzekanie, o ile jest formą kontestacji rzeczywistości, uważam za w pełni uprawnione. Mam prawo wkurzać się na to, co pasożyci z Wiejskiej wyprawiają z moją polskością. Mam prawo wpadać w złość, gdy kolejny raz muszę czekać po kilka godzin w kolejce, by przyjęli mi dziecko do specjalisty. Wreszcie mam zwykłe prawo tak po ludzku ponarzekać, że coś mi nie wyszło. To buduje!

Bo tak naprawdę nie o narzekanie tu chodzi lecz o to, co z niego wynika. Jeśli zaraz za tym „malkontenctwem” idzie wola walki, chęć zmiany status quo, to wszystko jest okey. Jeśli natomiast złość transformuje się we frustrację, a ta w ponuryzm i bylejakość – jest niedobrze.

Dlatego przy całej atencji dla pozytywnego myślenia zawsze staram się mieć na uwadze granicę pomiędzy wybujałą fantazją a szarą rzeczywistością. Ze zwykłego szacunku dla tych, którzy narzekają bo mają powody. I mają prawo. Ja nie narzekam, bo tak mogę. Ale boję się, że kiedyś zacznę. Dobrego!  <3 filozofia

zdjęcie: pinger

Zaprenumeruj ten blog przez e-mail

Wprowadź swój adres email aby zaprenumerować ten blog i otrzymywać powiadomienia o nowych wpisach przez email.