Przyznam się bez bicia, że jestem ignorantem. Serial, o którym głośniej niż o papieżu obejrzałem dopiero trzy tygodnie temu. Właściwie to powstrzymywałem się z jednego powodu. Aura jaka się wokół niego wytworzyła skłaniała mnie do przypuszczenia, że jak tylko zacznę oglądać, to się już nie uwolnię. A że jeden odcinek liczy 50 minut przed oczami stanęła mi katastrofa utraty trylionów cennych sekund na trawienie telewizyjnego przekazu.

Oj jak żałuję, że nie pozwoliłem sobie wcześniej na to marnotrawstwo. Jestem wielkim miłośnikiem wszystkiego co nierzeczywiste. Tolkiena pochłonąłem w jedną noc, ale „Gra o tron” przebiła wszystko. Fabuła oparta na niesamowitych intrygach, wyrazistość postaci, metafizyczna muzyka, rozmach produkcji i sceneria zapierająca dech w piersiach.

W pętlach rodu

Jest naprawdę wiele elementów, które sprawiają, że ten serial jest po prostu niesamowity. Ciekawie opowiedział o nim Michał Górecki więc nie będę się powtarzał. Chciałbym jednak podzielić się z Tobą jedną ideą, która w nietuzinkowy sposób przyświeca produkcji HBO od pierwszych minut.

Otóż „Gra o Tron” pomimo fabuły skoncentrowanej na kluczowym wątku, jakim jest walka o przewodzenie siedmiu królestwom wyraża – myślę, że niespotykaną dziś – ambicję sukcesji rodu. Wilk, który jest w herbie Stark’ów, Jeleń rodu Baratheon’ów czy Smok klanu Targaryen’ów symbolizują nie tylko historię, ale przede wszystkim przyszłość. Wraz z poszczególnymi dewizami („nadchodzi zima”, „nasza jest furia”, „ogień i krew”) wyznaczają kierunek rozwoju pokoleń. Reprezentantom rodów nie zależy na dobrach doczesnych, na chwilowej chwale czy tytułach, lecz pamięci trwającej wieki.

Najwyraźniejszym przykładem dbania o dobre imię rodu jest Tywin Lannister. Wszystkie jego działania są podporządkowane zapewnieniu przewodnictwa jego następcom. Zagwarantowaniu sukcesji tych, co „płacą swoje długi”. W imię wyższego celu jest w stanie poświęcić naprawdę wiele. Nawet swojego syna.

I cóż, niby nie ma w tym nic niezwykłego. To normalne, że zależy nam na rodzinie. Czyżby? A czy dziś działanie większości z nas nie jest zdecydowanie bardziej motywowane sukcesem JA niż dobrem rodu?

W pętlach JA

Idea rozwoju osobistego, podnoszenie kompetencji, walka ze słabościami, przekraczanie granic. Wszystko to wiąże z życiem w kleszczach permanentnego uwielbiania własnego JA. Ciągła koncentracja na własnej podmiotowości, na osobistych sukcesach i karierze sprawia, że dziś nikt „nie dba” o dobre nazwisko (ród, który zapewni sukcesję), ale o dobre imię (wizerunek i ewentualnie reputację). A przecież to jasne, że po naszej śmierci minione życie odejdzie w niebyt. Mówiąc brutalnie, nawet jeśli jako wybitne jednostki osiągniemy wiele, to nie zostawiając sukcesorów trwających w naszym rodzie, niewiele z naszych osiągnięć.

Pisząc z jednej strony, o potrzebie sukcesji rodu z drugiej, o koncentracji na JA, przychodzą mi na myśl dwie postaci. Steve Jobs i John D. Rockefeller. Poznanie ich biografii dostarcza mi dużo inspiracji. Również tych związanych z miejscem rodziny w życiu każdego z nas.

Dziś może i mówi się dużo o Steve Jobsie, ale nie o Jobsach. Pamięć o nim jest spłycana do roli jednostkowego przypadku – nie rodu. Za „X” lat może i będzie głośno „o tym gościu od Apple”, ale nie o Tych, co to „zmieniając świat tworzą piękne urządzenia”. John D. Rockefeller był nastawiony na sukcesję. Jobs już tylko na własne Ja. Rodzina zawsze była na drugim planie. Może nie bez przypadku wszystko, co wychodziło spod ręki Jobsa nosiło wymowne „I”? Ja, ja, ja – a gdzie My?