Dziś będzie krótka historia. Znajomy znajomego kupował niedawno mieszkanie. Jak przystało na typowego Polaka załatwiał wszystko sam. Szukanie, sprawdzanie, wybieranie, finalizowanie, kredytowanie i remontowanie nieruchomości. Wszystko sam, a nie musiał. Ma znajomych co to zawodowo zajmują się pośrednictwem, finansowaniem a nawet budowlanką. Ale na nic to, jak sam to sam.

Finał tej przygody jest taki, że wybrał średniej półki nieruchomość, w nie najlepszym standardzie i na, bądź co bądź, snobistycznym osiedlu. Ani to ładne, ani komfortowe. Jedyne co, to blisko do pracy. Może to była jedyna poszukiwana wartość. Nie wiem. Mniejsza o to. Chodzi mi o powody tej samodzielności.

Ten znajomy znajomego zdecydował się na metodę – „zosia samosia”, by zaoszczędzić trochę grosza. Po co płacić pośrednikowi (chociażby kolega) kosmiczne pieniądze za nic. Za coś, co on sam może sprawdzić w Internecie i załatwić u notariusza. Przecież ten wszystko zweryfikuje. Podobnie z wyborem kredytu. Inny kolega pracuje w lokalnym biurze kredytowym, ale jaki jest sens przepłacać (doradca zarobi na moim kredycie!), lepiej samemu udać się do banku i walczyć o dobre warunki. Sam, sam, sam. Nie płacę, oszczędzam, jestem szczęśliwy. Super.

Tak się jednak składa, że zza tylnego fotela miałem przyjemność przyjrzeć się całemu zajściu. Sprawdzić co za mieszkanie nabyli i ile na tym zaoszczędzili. A było to tak.

Mieszkanie kupili w cenie sprzed dwóch lat. Przepłacili o dobre 30.000 zł. Lokalizacyjnie wybrali chyba najgorsze możliwe miejsce: kiepska komunikacja, jeszcze gorsze sąsiedztwo i północna wystawa. Z kredytem też nie zaszaleli. Finansowanie zapewnił bank, który dał „najlepsze warunki” na rynku (ale nie tak dobre jak bank znajomego doradcy), a na kredyt czekali 2,5 miesiąca. I wreszcie zabezpieczenie. Płacąc zadatek w wysokości 1/3 wartości mieszkania zgodzili się na spłatę zadłużenia podpisując umowę przedwstępną na kolanie. Oszczędności okazały się pozorne. Koniec historii.

Morał z tego taki. Wiele staram się zrozumieć, ale z jednym wciąż nie mogę sobie poradzić. Jak to jest, że tak lubimy zaglądać w cudze portfele? Że niemiłosiernie kłuje nas, kiedy znajomy zarabia kilkakrotnie więcej niż my. I nieważne, że to jego praca, biznes. Zarabia po prostu więcej ode mnie i jeszcze ja mam mu dołożyć do tego pęczniejącego w szwach konta. O nie! Wolę sam. Wszystko.

Zastawiam się więc, czy to jakieś upośledzenie narodowe czy po prostu taka przypadłość? Czy my Polacy tak mieć musimy?