Dom jest odbiciem stanu naszej duszy. Jego wystrój zaś obrazem świata, w którym chcielibyśmy żyć. Stąd tak gorliwie urządzamy nasze cztery kąty zyskując poczucie kontroli, satysfakcji, władzy i swoistą nietzscheańską moc. Mamy wpływ na świat, który nas otacza, choćby ten najbliższy.

Jeśli życie jest przygodą, to z pewnością dom jest miejscem jej początku. I nie chodzi o to, że się w nim rodzimy, dojrzewamy, przeżywamy chwile trosk, próżności czy niepohamowanych pragnień. Rzecz w tym, że dom jest formą wypełnienia metafizycznej pustki. Materialnym tuleniem świata, którego nie jesteśmy w stanie zrozumieć. Ale może właśnie to stanowi o istocie tego miejsca?

Historie mają to do siebie, że są powtarzalne. Zaczynają się gdzieś tam, za siedmioma górami i siedmioma lasami. Snują opowieści o bohaterze brnącym przez przeciwności losu w imię obrony własnych marzeń i pragnień. Wreszcie dotykają eterycznego happy endu, gdzie słuchaczom pozostaje rozbudzona nadzieja przeżycia czegoś podobnego.

 

Mieszkanie też człowiek

Z naszymi wnętrzami jest podobnie. Jedyna różnica tkwi w zakończeniu. Mieszkaniową przygodę rozpoczynamy z wielką pompą i tętniącymi sercami na lepsze jutro. Koniec traktujemy z ohydnym pietyzmem.

Dlaczego podejmując decyzję o zmianie naszego miejsca początku życiowej historii nie damy o jego happy end? Dlaczego nie poświęcamy odrobiny szacunku i należytej powagi, aby sprzedawane mieszkanie trafiło w dobre ręce. W ręce mediatora , który wydobędzie z niego wszystko to, co najlepsze i tak je urządzi, aby wyglądało po prostu bajecznie.

Bo czy nie o to w tym całym przedstawieniu chodzi? O jak najlepszą prezentację, która pozwoli być dostrzeżonym już na milę? Jak goście mają nas odwiedzić jeśli nie wskażemy im drogi i nie oświetlimy krużganków. Wreszcie, dlaczego w ogóle mieliby odwiedzać nas a nie inne domostwa?

Większość ze sprzedawanych nieruchomości wygląda, jak ich właściciel po przebudzeniu. Bez makijażu, z rozwichrzonymi włosami, potarmoszoną piżamą, zaschniętymi powiekami, ustami i co by tu nie mówić, niezbyt świeżym oddechem. Czy będąc w takim stanie pokazujemy się innym? Wątpię. Dlaczego więc tak prezentujemy nasz dom, w którym zaczęła się nasza historia?

Skąd w naszej mentalności przywiązanie do tak nonszalanckiego oddawania blisko ¾ naszego życia. Tyle bowiem średnio spędzamy czasu w domu. Czy sobie też poświęcamy tak marginalną uwagę, dbając o wizerunek?

Każdy z nas, świadomie bądź nie, na co dzień ma do czynienia z kreowaniem własnego wizerunku. Z personal brandigiem, który najzwyczajniej w świecie polega na zarządzaniu naszą wartością. Tym, jak chcemy być postrzegani. Może sprzedawane nieruchomości też potrzebują takiego brandingu. W końcu są miejscem początku naszej historii. Warto zadbać aby jej koniec był prawdziwym happy endem.